Aleksandra Orlikowska – Nic się nie stało

Aleksandra Orlikowska – Nic się nie stało

Aleksandra Orlikowska /Opole/

Nic się nie stało – czyli krótko o fizjologii duszy [Z. Herbert – „Przyjaciele odchodzą” z tomiku „Rovigo”

 

Słowo od autora

Chciałam zrobić Spektakl o tym nie nazwanym uczuciu

kiedy przyjaciel o którym myślałeś, że jego dusza miała taki kształt jak twoja. Jakby Bóg ulepił was w tym samym stylu i guście. I nagle ten przyjaciel zupełnie naturalnie i zwyczajnie przestaje być ci bliski.

ale pozostaje w tobie jakieś uczucie z tym rozstaniem.

W słowniku języka polskiego nie ma takiego słowa, które je opisuje ale jest wiersz Herberta.

„Pan Cogito na zadany temat: „Przyjaciele odchodzą” z tomiku „Rovigo”. I jakoś ten wiersz zarezonował, zabrzmiał we mnie i w ten sposób powstał ten tekst.

Tekst troszkę o odchodzeniu

O tym co w nas zostało. To czym zbudował, ubogacił nas drugi człowiek

dusza w duszę.

trochę też o ludziach starych

trochę o nieponazywanych miłościach, nieokreślonych zakochaniach które nigdy nie rozkwitną

o miłościach która nawracają się na przyjaźń. Które początkują trudne ale piękne relacje

Fascynacje  

o tym jak relacje budują nas

o byciu bliskim tylko na chwilę

noszeniu w sobie smutku

tęsknocie do czegoś czego nie znamy, nie doświadczyliśmy

o starości i o Bogu mieszkającym w kamienicy

i o takiej pogańskiej religijności ludzi prostych.

Spektakle robi się z jakiejś potrzeby. I mam wrażenie, że powstał jeszcze niedoskonały tekst, bardzo otwarty, pretensjonalny, proszący się wręcz o zmiany. Miałam zbyt mało czasu żeby go jeszcze nasycić, przesycić znaczeniami i kontekstami, dlatego jest jeszcze niedoskonały.

Czuję że gdybym ze świeżą głową wróciła do niego za miesiąc był by dużo lepszy.  

Scenariusz bez wyraźnego zawiązania akcji, bez momentów kulminacyjnych, dlaczego? Dlatego, że tak jak w życiu rzadko kiedy dzieją się rzeczy spektakularne. Ten spektakl jest tym o czym opowiada. Niczym specjalnym i wielkim. Bo przecież nic się w nim nie stało.  

 

POSTACIE:

Nasz główny bohater – czyli ten ewangeliczny zasmucony młodzieniec.

Który za chwilę spóźni się na pociąg.

Bóg

Anioł Stróż – czyli przykład anioła który się nie sprawdził i Bóg nie wiedząc co zrobić z takim duchem niebieskim postawił go jako dozorcę kamienicy

Trzech Panów – którym trochę w życiu nie wyszło

Pan Marian –  który spóźnia się na wieczorne spotkanie, jak  sam mówi nie zawsze mu było po drodze, on wie gdzie można dostać ciepłą zupę albo dobry, gruby karton

Pan Staszek – który nie pamięta już dokładnie ile ma lat w każdym razie dużo i On wie o co chodzi

Pan Jacek – któremu od nie dawna mu w życiu nie wychodzi

Sąsiadka

Modern-Maryjka – czyli figura w neonowych światłach stojąca w kapliczce obok kamienicy

Mieszkańcy kamienicy

Ta kobieta – która zestarzała się już wcześniej

Ta kobieta – która miała marzenie

Ta kobieta – która poczuła wszystko

Ta kobieta – która się odkochuje

Para nieszczęsnych kochanków:

Czyli kobieta z warzywniaka

I mężczyzna z firmy budowlanej

Kobieta – która prawie zrozumiała

Anioły

Akordeoniści

 

Miejsce gdzie dzieje się spektakl, czyli tam gdzie nic się nie stało.

Widzimy podłą kamienice od strony podwórka. Ona jeszcze pamięta czasy świetności pięknych pań i panów, którzy wracali pod rękę z filharmonii, rozmawiając o pięknych rzeczach. Kamienica pamięta te czasy, ale ma je już dawno za sobą. Odpadły tynk ukazuje czerwone cegły. Upadła kamienica, w której mieszkają specyficzni mieszkańcy. Widzimy mnóstwo okien, każde inne, niektóre mające firanki inne dziury wybite kamieniami. W jednych oknach rośliny doniczkowe w innych obrazy. Te okna już dużo mówią o mieszkańcach. Chciałabym żeby na framugach okien, był napisany kredą wiersz „Mieszkańcy” Tuwima. O ścianę jest oparty rower. Jest też gdzieś tam zaparkowany Niebieski garbus. W rogu znajduje się kapliczka z Najświętszą Panienką w neonowych niebieskich światłach. I w tym sam rogu znajduje się też ławeczka dla panów, którym życiu trochę nie wyszło. Jest jeszcze Anioł Stróż, który jest częścią tej kamienicy. 

I jest jeszcze drugie miejsce wydarzeń. Mieszkanie, a w zasadnie pokój. A w zasadzie to jest przestrzeń gdzie jest stół, regały, mnóstwo książek na stole, dwa krzesła, gramofon, kanapa/fotel. Jest to przestrzeń Naszego głównego bohatera.   

Ale bardzo ważne są dla mnie światła w oknach. Oświetliłabym scenę dodatkowo żaróweczkami wiszącymi spod sufitu, najlepiej ruchomymi. Ciepłe światło. A gdzieniegdzie na scenie położyłabym świeczki, latarenki.

Cały czas słyszymy muzykę, dźwięki grane przez kamienice, krzyki, tłuczone talerze, woda w rurach i akordeony.

Cały spektakl w kolorze muzyki akordeonów.

 

Scena pierwsza

Ciemność rozświetla nam punktowe, okrągłe ciepłe światło. 

Pojawia się. Wychodzi z cienia i staje w plamie światła, młody mężczyzna w płaszczu i kaszkiecie (może mieć takie okrągłe okulary) ma ze sobą walizkę a pod pachą gazetę albo tomik poezji. Staje chwilę patrzy po widowni smutnym wzrokiem i wychodzi szybkim krokiem w ciemność.

Światło gaśnie.

 

Scena druga

Zapalają się światła w oknach kamienicy, zapalają się powoli, oświetla nam się ciepłym światłem cała scena. Naszą historię zaczynamy na ławce panów, którym w życiu trochę nie wyszło. 

W czasie wszystkich dialogów słyszymy dźwięki kamienicy, przebijającą się co jakiś czas przez muzykę akordeonów. Oraz przez cały czas widzimy mieszkańców kamienicy wchodzących i wychodzących.

 

(Dużo ciszy i czekania w tym dialogu)

Pan Jacek:

– Robi się coraz zimniej, a tego jak nie ma, tak nie ma.

Pan Staszek:

– Skup puszek dzisiaj do 18 otwarty, pewnie się zagadał z Kazkiem albo jeszcze o monopolowy  zahaczył.

Pan Jacek:

– A pies go trącał, ale jak się człowiek umówił to wypadałoby być na czas, a zresztą…

(cisza)

Pan Staszek:

– Dziwna ta pogoda. Raz pada a raz nie, jakby nie mogło się zdecydować!

Tak, mżawka jest najgorsza, mam już sweter cały przemoczony.

Pan Jacek:

– Zimno jak pieron. Jak w nocy będzie przymrozek to trza będzie pójść na dworzec. Chyba nas nie wygonią.

Pan Staszek:

– Zawsze na dworcu było jeszcze trochę miejsca bo w przytułku to nie wcisnąłbyś nawet patyka. Teraz robi się bardzo szybko ciemno.

Pan Jacek:

– No szast prast i już ciemno jak w d…

(Pan Staszek nie daje mu skończyć, przerywa w pół słowa)

Pan Staszek:

– No, no…

(Zza kulis do parku wkracza pan Marian z kocem pod pachą i brudną menażką w ręku)

Pan Marian:

– Witam, witam panów.

Pan Staszek:

– W końcu jest.

Pan Jacek

– Cóż za punktualność…

(Wymieniają męski uścisk dłoni, witają się)

Pan Marian:

– Panowie, dajcie się wytłumaczyć. Franciszkanie święci ludzie, zupę rozdawali to aż żal było nie skorzystać.

Pan Jacek:

– A dla kolegów to już wziąć nie mogłeś?

Pan Marian:

– Wiecie, no jakoś nie wypadało …..  ale patrzcie (pokazuje na koc który miał pod pachą) co znalazłem, tam na śmietniku, tu zaraz obok na rogu Krakowskiej.

Pan Staszek:

– Tam gdzie zawsze siedzi Marek?

Pan Marian:

– No tak, właśnie tam.

Pan Jacek:

– Cieplej przynajmniej będzie.

Pan Staszek:

– No bo wszystko przemoczone od co!

(Siadają na ławce, siedzą przez chwilę, próbują się jakoś przykryć tym kocem. Po chwili Pan Jacek zza pazuchy wyciąga flaszkę i upija spory łyk i podaje kolegom)

Pan Jacek:

– No to za spotkanie.

Pan Marian: 

– Za spotkanie i takich prawdziwych kolegów.

Pan Staszek:

– Dajcie dzisiaj z tym spokój, mam coś lepszego.

 (Wyciąga z torby bazarówy którą miał pod ławką termos pełen ciepłej herbaty)

Pan Marian:

– Ooo!!!

Pan Jacek:

– Jakim cudem?

Pan Staszek:

– Taka dobrodziejka dała i pomyślałem, że się z wami podzielę.

Pan Jacek:

– Kiedy ja ostatnio prawdziwą herbatę piłem?

Pan Marian: 

– A dobra herbata nie jest zła…

Pan Jacek: 

– Wygląda prawie jak whisky.

Pan Staszek:

– A ty zawsze o tym samym.

(Nastaje krępujący moment ciszy, konsumpcja herbaty)

Pan Marian:

– Zimno dzisiaj.

Pan Jacek: 

– No faktycznie.

Pan Staszek: 

– Zimno.

Pan Jacek: 

– Mówiliśmy już…

Pan Marian:

– Że zimo?

Pan Staszek:

– No, że zimno.

(Pojawia się Dozorca kamienicy – zmęczony Anioł Stróż o ogromnych brudnych anielskich skrzydłach i zaczyna zamiatać liście przed kamienicą. Mówi jakby do siebie)

Anioł Stróż:

– I co, ciągle pretensje że liści nie posprzątał. Posprzątał, nie posprzątał. A ja mu mówię Panie jesień jest i liście spadają. Tak to działa, drzewa – jesień – liście. Nie moja wina. Ja mam inne zajęcia a nie ciągle tylko zamiatać. A pani spod 6-tki się bulga, że krany. A czy to moja winna że ciekną? Ciekną i będą cieknąć a ja liście zamiatam.

(dalej zamiata już tylko mamrocząc pod nosem)

– A tu jeszcze jakiś gówniarz zostawił rower wezmą, ukradną i tyle będzie.

(Siada na nim i robi kółko po scenie)

Pan Marian:

– Kierowniku, spokój, nie ma się co denerwować.

Pan Jacek:

– Spokój, tylko spokój może nas uratować

Pan Marian:

– O tak, tak, święte słowa.

(Anioł Stróż siada przy nich na ławeczce)

Pan Staszek:

– Liście przecież panu nie uciekną.

Anioł Stróż:

– Ano nie uciekną.

Pan Marian:

– To po co się ta pocić?

Anioł Stróż:

– A co ja panom powiem to panom powiem, ale cała to robota to tylko i wyłącznie czyste  asystowanie przy ludzkim cierpieniu. Słuchania tego wszystkiego przy naprawianiu kranu. Nie o taką robotę się prosiłem. Ja rozumiem że Anioł Stróż. Ale nie stróż kamienicy. A tu nikt nie pytał czy bym może wolał pilnować zagubionych duszyczek. Nie, dali miotłę do ręki i heja… do roboty.

Pan Marian:

– Kierowniku, pan się z nami napije…

Anioł Stróż:

– Nie, nie panowie, nie to zdrowie, nie ta wątroba.

(pije z nimi)

– Ja w zasadzie to powinienem was wyrzucić bo psujecie wizerunek naszej kamienicy.

Pan Jacek:

– Ale pan tego nie zrobi, panie kochany?

Anioł Stróż: 

– Oczywiście że nie, zdrowie panowie!

Panowie:

– Zdrowie!

(Akcja rozwija się sama, panowie piją herbatę i nie tylko, rozmawiają, śpiewają, żartują, od razu widać że Anioł Stróż nie jest przykładem anioła, że takiego raczej na malowidłach kościelnych to się nie znajdzie, ale przynajmniej ma lepszy humor dzięki ludzkiej rozmowie z panami)

 

Scena trzecia – poznajemy Boga i człowieka

Przenosimy się do mieszkania smutnego młodego człowieka w płaszczu naszego bohatera on już ściągnął płaszcz i kaszkiet układa i przekłada stosy książek, które leżą na stole, stoi też tam gdzieś jakiś gramofon, słychać dobrą muzykę.

Przychodzi do niego troszkę niezauważony Bóg – normalny młody mężczyzna, dobrze ubrany, z hipsterską brodą, ściąga buty siada na kanapie ma urocze skarpetki główny bohater go nie zauważa jest zdziwiony, jakby to było zupełnie normalne

 

Nasz główny bohater:

– Zrobię Ci herbaty.

Bóg:

– Takiej jak zawsze?

Nasz główny bohater:

– Tak, takiej jak zawsze. Nigdy nie mogłem się temu nadziwić że Bóg słodzi herbatę.

Bóg:

– Czarna z cukrem, nie odmówiłem sobie nigdy tej odrobiny przyjemności.

(Nasz bohater krząta się, przygotowuje herbatę, układa książki, zbiera się w sobie, przynosi herbatę. Bóg nastawia gramofon przegląda płyty, zbiera z podłogi rozrzucone książki) 

Nasz główny bohater:

– Wiesz co,  za długo się zasiedziałem, zbyt dobrze mi tu było. Patrz ile książek nazbierałem przez te lata.

Bóg:

– I co chcesz z nimi zrobić?

Nasz główny bohater:

– Nie wiem jeszcze, wszystkie nie zmieszczą się do walizki.

Bóg:

– Ach tak, zapomniałem zawsze tak samo – dwie walizki płaszcz i kaszkiet i nic więcej.

Nasz główny bohater:

– Tak. Nie wiem, książki religijne i biblię rozdam dzieciom, wiersze spalę, a ze sobą wezmę tylko Bułhakowa, Dostojewskiego i baśnie.

Bóg:

– Przykro mi, że to już teraz.

Nasz główny bohater:

– A mi nie. Przecież wiedziałeś, że tak będzie.

Bóg:

– Przyzwyczaiłem się głupi i jakoś mi tak smutno.

Nasz główny bohater:

– Moja dusza taka jest ciągle niespokojna, przecież ty wiesz to najlepiej.

Bóg:

– I z kim ja będę chodził teraz do teatru?

Nasz główny bohater:

– Ja też to bardzo lubiłem.

Bóg:

– I było dobrze rozmawiać potem…

Nasz główny bohater:

– Lubiłem przychodzić do ciebie na ciasto, bo nadal to będę powtarzać że pieczesz świetnie.

Bóg:

(uśmiecha się)

Nasz główny bohater:

– A może zostawię tobie kilka? (pokazuje na książek) Lubisz Różewicza?

Bóg:

– Lubię.

Nasz główny bohater:

– Tylko dwie walizki i sznurek, żeby je związać bo wysłużone zamki już nie trzymają. Pamiętasz na jakim to było dworcu?

Bóg:

– W Gdańsku.

Nasz główny bohater:

– Ach tak, w Gdańsku puściły zamki i wszystko się rozsypało.

Bóg:

– Tak, tak

Nasz główny bohater:

– Przecież możesz jechać ze mną.

Bóg:

– Wiem, ale ja nie lubię być tak ciągle w biegu, ja wolę tak statycznie.

Nasz główny bohater:

– Wiem i tu się różnimy.

Bóg:

– Będziesz mi zawsze wysyłał kartki?

Nasz główny bohater:

– Już ci się nie mieszczą przecież na lodówce. Oczywiście, że będę ci wysyłał z każdej podróży i na święta, a ty będziesz mi wysyłał paczki z piernikami.

Bóg:

– Dobrze.

Nasz główny bohater:

– Muszę jeszcze zanim wyjadę zacerować kilka dziur w płaszczu.

Bóg:

– Daj ja to zrobię.

(Bierze powieszony na jednym z krzeseł wysłużony płaszcz, bierze zestaw do szycia i ceruje dziury w płaszczu)

Nasz główny bohater:

– Już wiem co ci kupię na święta.

Bóg:

– Co?

Nasz główny bohater

– Kaszkiet.

Bóg:

– Po co mi? Mam swój kapelusz.

Nasz główny bohater:

– Wiem, ale kaszkiety są lepsze.

Bóg:

– Nieprawda.

Nasz główny bohater:

– A poza tym w twoim kapeluszu jest już kilka dziur.

Bóg:

– Bardzo go lubię.

Nasz główny bohater

– Pamiętasz jak ostatnio padało i strasznie przemokłeś?

Bóg:

– Bo trzeba było nosić parasol.

Nasz główny bohater:

– Bo ty po prostu musisz wyeksmitować mole z twoje szafy, raz a porządnie.

Bóg:

– Na nie potrafię, one też gdzieś muszą sobie żyć.

Nasz główny bohater

– A ja po prostu kupię ci kaszkiet.

 

Scena czwarta – Modern-Maryjka  

Przenosimy się do panów na ławkę. Podchodzi starsza pani Sąsiadka w czerwonym berecie, w płaszczu. Typowa starsza pani, ale uśmiechnięta.

 

Sąsiadka:

– Dzień dobry panom.

(Jak na dobrze wychowanych dżentelmenów panowie wstają lekko uchylają ronda czapek witając kobietę)

Pan Staszek:

– Dzień dobry sąsiadce.

Sąsiadka: 

– Co też panowie tak tu siedzą, tak dzisiaj zimno.

Pan Marian:

– Pani kochana, w takim towarzystwie nie jest źle.

Pan Jacek:

– Nawet zimno nie przeszkadza.

Sąsiadka:

– Ach no tak. Ja w tej sprawie właśnie, tylko nie do panów a do… Bo tu taka kapliczka. Ja właściwie to  do Maryjki.

Anioł Stróż:

– Ach, no tak.

Sąsiadka:

– Bo ona tak tu sama stoi, ani do kogo gęby otworzyć. Nic powiedzieć, bo to wszyscy ludzie tacy zabiegani, nikt nie podejdzie, nie zagada. To ja pomyślałam że jej przyniosę Czarną Madonnę Częstochowską żeby sobie baba z babą poplotkowały.

(Sąsiadka podchodzi do kapliczki Modern-Maryja, czyści, przeciera figurę i kładzie obok ikonę przodem do figury. Panowie lekko zdziwieni, ale pomysł im się podoba)

Pan Marian:

– No i dobrze pani zrobiła, nie ma co.

Pan Jacek:

– Kto by pomyślał…

(kobieta zadowolona z siebie z uciechy prawie klaszcze w ręce)

Sąsiadka:

– No. To może ja się na chwile do panów przesiądę. Co tam słychać panie Józku? (zwraca się do Anioła Stróża)

Anioł Stróż:

– A jakoś żyjemy. Takie żyćko.

Sąsiadka:

– To dobrze, dobrze bo u mnie drzwi się nie chcą zamykać. Pan przyjdzie, spojrzy, dobrze?

Anioł Stróż:

– Dobrze pani Mario.

Pan Staszek:

– A ja sobie właśnie pomyślałem, że skoro ta Maryjka i tak stoi tu sama przez cały rok to może i jej jest zimno. Tak jak nam.

Sąsiadka:

– Może i tak być, ja nie wiem.

Pan Staszek:

– Nie zaszkodzi jak ja jej swój szalik założę.

(zdejmuje swój szalik, podchodzi do kapliczki i zakłada figurze na szyję)

Pan Staszek:

– Co by jej nie było zimno

Anioł Stróż:

– Dobrze pan zrobił.

Sąsiadka:

– Ja już będę uciekać. Niech się panowie trzymają ciepło.

Panowie i Anioł Stróż:

– Dobrze, dobrze. Do widzenia.

 

Scena piąta

Po odejściu Sąsiadki, panowie dalej cicho rozmawiają, Stróż idzie zająć się swoimi sprawami.

Przy murze kamienicy przechodzi już któryś z kolei mieszkaniec czy mieszkanka Kamienicy. Światło nagle zwęża się i jak reflektor policyjny kieruje się w stronę przechodzącej kobiety. Inne światła gasną.

(I z off-u pada pytanie)

– A ty?

– A ja? Ja Maria, ale zawsze tylko Marysiu i Marysiu.

Zawsze to wyglądało w ten sam sposób. Marysiu to, Marysiu tamto, pomóż pani Basi i pani Stasi i jeszcze pani Bożenka prosiła żebyś….

Więc ja chodziłam i nosiłam zakupy, i zostawałam na te 5 minutek i słuchałam.

– O pani kochana jak to boli ….

– O jak mąż mnie szanował jak byliśmy młodzi, jak szanował…

– O jak to masło podrożało…

– O jak to trzeba być, wie pani jak, tak obrotna …

– O jak, jaki skarb że pani jest, że pani Marysiu jest.

– I niech tylko sobie pani życia nie spieprzy…

Żeby sobie pani życia nie spieprzyła, bo potem się patrzy jak stoją te idiotki pod tym „pewniakiem” i jedna do drugiej pokazuje jak to mąż ją zdradził, pobił i jeszcze dzieciaka zrobił, ot co!

I ja słuchałam tego wszystkiego odkąd byłam jeszcze młodą dziewczyną, i pomagałam sprzątać te mieszkania. Bo to tak dobrze komuś powiedzieć – nie spieprz sobie życia a nie pluć się w ścianę. Prawda?

Nigdy nie zapomnę jak…

Ja to do dziś mam przed oczami jak pani Lucyna spod dwójki mnie zawołała i poprosiła o pomoc, taka skrępowana jakby swoją ułomnością, że nie umie już sobie sama rajtuz założyć.

I wtedy uklękłam przed nią jak gdyby przed małym dzieckiem, wzięłam z jej rąk rajtuzy i delikatnie, żeby jej broń boże nie uszczypnąć, naciągałam bardzo powoli rajtuzy na jej spuchnięte nogi.

Moja mama zawsze mnie szczypała kiedy to robiła, tak mnie to bolało.

I jej chyba było z tym niezręcznie, że ja nie śpieszyłam się tak jak dziewczyny z hospicjum, które czasem do niej przychodziły.

I jak już ubrałam ją to pokazała mi album rodzinny, ale nie wyciągnęła żądnego zdjęcia ale liść klonu, który dał jej mąż na pierwszej randce.

Pomagałam wyprowadzać pasa takiej pani Jasi z klatki C i ona zawsze jak do niej pukałam mówiła tak:

– Jedz Marysiu, jedz bo wojna będzie, bo wojna będzie,

wojna będzie ….

A żadnej wojny nie było, a ja żyłam jakby miała zaraz być

i co prawda

nic się nie stało

ale trochę ciężko jest tańczyć, pić na imprezie z przystojnym chłopakiem kiedy ma się z tyłu głowy słowa:

Tylko sobie życia nie spieprz – tak jak ja…

Ja właśnie wracam, byłam na grobach zaniosłam kwiaty pani Helence…

(Kobieta jak gdyby nigdy nic wchodzi do kamienicy, światło wraca do normalnego jakby nic się nie stało, panowie dalej rozmawiają )

 

Scena szósta 

U panów na ławce dialog trwa.

Pan Jacek:

– Wiecie co?  – Ja miałem kiedyś dziadka, taki facet przedwojenny był. Taki nie w swojej epoce i pamiętam, zawsze mnie brał na spacer do lodziarni a jak opowiadał o babci o piłce kiedy jeszcze polska grała dobrze.

Pan Marian

– Takich mężczyzn teraz nie ma…

Pan Jacek

– Ale chodzi mi o to, że jest  we mnie taka tęsknota za jego prostymi plecami i tym, że kobietom zawsze drzwi otwierał.

 

Scena siódma

W czasie poprzedniego dialogu przez scenę  przechodzi pochód wielu postaci w białych szatach z ogromnymi skrzydłami. To są anioły na spacerze.

 

Scena ósma 

Panowie dalej cicho rozmawiają. Anioły zniknęły. Przy murze kamienicy przychodzi już któryś z kolei mieszkaniec czy mieszkanka Kamienicy. Światło nagle zwęża się i jak reflektor policyjny kieruje się w stronę przechodzącej kobiety.

(I z off-u pada pytanie)

– A ty?

– A ja? Ja Maria, ale o tym to już nikt nie pamięta.

Bo ja słyszę tylko:

– Czego ty babo chcesz!?

– Jaki bilet?!

– Nie dotykaj mojego samochodu, nowy lakier!

– Nie będę płacił, parking mi się należy!

– Idź sobie! – jaki bilet?!

A ja do niego mówię:

– Popatrzcie tam w niebo, jaki piękny – jak leci – jak wysoko.

– Nie mam czasu.

– Dawaj ten bilet!

I pokazuje, a oni w ogóle nie chcą mnie słuchać.

– Na niebie, w górze leci wysoko…

Ci ludzie zainteresowani są tylko tym jak wyjechać z parkingu

i widzę czasem w ich oczach, nie są chyba tego świadomi jak to widać,

jak widać ich pogardę wymalowaną w drobnych drgnieniach twarzy

i myślą to samo, pewnie jesteś sobie babo winna, trza było iść na studia, szukać dobrej pracy, pchać się tak jak wszyscy.

Pchać się trza, i to trzeba umieć, jak najwyżej, jak najdalej.

Jak to, jesteś zadowolona z tego co masz?! Nie możesz, nie powinnaś, bo tak trzeba. Szybciej, szybciej bo będziesz zaraz tam na szarym końcu.

A teraz co?  Jesteś stara i co? Nie masz emerytury to sobie zarabiaj na parkingu, ot co.

Samaś sobie winna

a ja, nie jestem tu bo chciałam, i nie mam problemu z tym, że jestem parkingową.

Nie jest to dla mnie problem, że nie mam pieniędzy żeby opłacić mieszkanie po rodzicach,

mam problem z pogardą na ich twarzach.

I ot co – takie życie. Ciężko, bo ciężko, powoli pora umierać, tylko tak smutno mi na duszy, bo nigdy nie spełniło się moje marzenie.

Bo co? W końcu że parkingowa nie może mieć marzenia?

Może.

I miała jedno.

Wielkie, zawsze od kiedy pamiętam chciałam polecieć balonem.

I kilka razy w życiu widziałam balony, ale nigdy nie poleciałam.

I nic się nie stało.

Ale nikt teraz takiej starej nie weźmie.

(Pokazuje ręką w niebo i mówi z dziecięcą radością)

– Popatrzcie tam w górę…

– Tam wysoko…

–  Leci, leci…

– Tam na niebie…

 (kobieta wchodzi do kamienicy, światła wracają do poprzednich, życie toczy się dalej)

 

Scena dziewiąta

Wracam do mieszkania głównego bohatera.

Bóg:

– Wiesz co, tak szczerze ci powiem, że w sumie to ja zawsze chciałem mieszkać w bloku.

Nasz główny bohater:

– Serio panie Boże? (uśmiecha się z zaskoczeniem, zapala papierosa)

Bóg:

– Oczywiście

Nasz główny bohater:

(uśmiech)

Bóg:

– Wiesz, w takiej wielkie szarej płycie postkomunistycznej.

Nasz główny bohater

– W takim malutkim mieszkanku?

Bóg:

– No jasne. I to najlepiej na kredyt.

Nasz główny bohater:

– Z zaciskającą się pętlą kredytową na szyi?

Bóg:

– Tak, i wiesz co? To by było dopiero coś. Kiedy kąpał bym się, to słyszałbym sąsiadów którzy się kłócą, na dole na podwórku bawiła by się gromada dzieci. Chciałbym czasem do nich zejść i pobawić się z nimi, ale raczej bym tego nie robił, bo dorośli patrzyliby na to krzywo, że taki chłop jak ja, a z dziećmi się bawi.

Nasz główny bohater:

– Widzę to. Wszystkie sąsiadki zachwycałyby się ze taki miły i uczynny sąsiad, zawsze zakupy pomoże wnieść na czwarte piętro i dobry wieczór odpowie

Bóg:

– Tutaj też odpowiadam.

 Nasz główny bohater:

– Odpowiadasz.

Bóg:

– Tylko ci z naprzeciwka mieliby czasem pretensję, że ciągle coś pożyczam, to szklankę mąki, to cukru, bo zawsze zapominam kupić zanim się zajmę pieczeniem.

Nasz główny bohater:

– Fakt, upierdliwy z ciebie sąsiad. Ale uwielbiam, kiedy wchodzę do klatki i czuję taki piękny zapach, szarlotki albo piernika…

Bóg:

– A właśnie, dobrze że mi przypominasz, muszę upiec ci sernik zanim wyjedziesz już na dobre.

Nasz główny bohater:

– Spotkamy się przecież.

Bóg:

– Taki dobry sernik.

Nasz główny bohater:

– Myślę, że gdybyś faktycznie mieszał w bloku to ci spod piątki myśleliby że jesteś gejem.

Bóg: (uśmiecha się)

– Prawda. Zawsze bosko ubrany.

Nasz główny bohater:

– Nie rozumiem, skąd u ciebie ta chęć, te obrzydliwe bloki…

Bóg:

– One mają w sobie jakiś nie przemierzony mikrokosmos własnych znaczeń i tylu jest tam ludzi.

Nasz główny bohater:

– Tak, tak. Już mi opowiadałeś o tym.

Bóg

– I kiedy bym tam mieszkał byłbym ciut bliżej nich.

Nasz główny bohater:

– Ale żeby w bloki, za grosz poczucia estetyki.

Bóg:

– Już wystarczy tych gotyckich katedr.

Nasz główny bohater:

– Pamiętasz jak opowiadałem ci o Florencji? O tych bazylikach?

Bóg:

– Nie chciałem ci wtedy studzić zapału, ja byłem przy tym. Przy każdym pociągnięciu pędzla mistrzów.

Nasz główny bohater:

– Wiem, wiem, ale to nie zmienia faktu, że ten obraz mnie w jakiś sposób napełnił, nauczył piękna, wiec boli mnie to, że wolisz mieszkać w bloku.

Bóg:

– Nic na to nie poradzę.

Nasz główny bohater:

– Ale musisz przyznać, że takie stare kamienice też mają coś w sobie.

Bóg:

– Za wielu tu pokrzywdzonych ludzi, wariatów.

Nasz główny bohater:

– Ale te stare kamienice są jak stare podupadłe teatry.

Bóg:

– Za często używasz tej metafory.

 

Scena dziesiąta

(Światła przygasają)

Prowadzą anioła – dwóch agresywnych mężczyzn prowadzi kobietę w białej szacie w skrzydłach, przeciąga ją po scenie, ona pokornie idzie z nimi. Zostawiają ja gdzieś z boku i odchodzą w cienie. Ona czeka spokojnie nieświadoma, widzimy że ona jest niewidoma.

Po chwili podchodzą do niej od tyłu jej oprawcy i wylewają na nią kubły farby.

(Blakaut)

 

Scena jedenasta

(Światło powoli oświetla naszą kamienicę)

Nikogo nie ma, nie ma panów na ławce. Przed kamienicą jednak stoi dwóch uśmiechniętych dziadków grających na akordeonie. Z czapką zbierają drobniaki i grają pienie.

(Blackaut)

 

Scena dwunasta

(Światło wraca do normalnego, ciepłego oświetlania naszych bezdomnych)

Pan Staszek:

– Wiecie co pożąda upadła kamienica? Nie byłaby upadłą kamienicą bez pary kochanków.

Pan Jacek:

– Racja.

Pan Marian:

– U nas się jeszcze nikt nie zabił z miłości.

Pan Jacek:

– Jeszcze…

Pan Staszek:

– Jacek, weź to wypluj!

Pan Marian:

– Jesteśmy już upadłą kamienicą. Trzy lata temu był tu trup.

Pan Staszek:

– Ale nie z miłości, a przecież nasza historia miłosna zaczęła się raczej niewinnie

(na scenie pojawia się dwójka starych brzydkich ludzi)

Mężczyzna:

– Zgubiła coś pani.

Kobieta:

– Co?

Mężczyzna:

– Uśmiech. Niech no się pani uśmiechnie.

Pan Staszek:

– I ona uśmiechnęła się do niego.

– Cała ich tragedia polegała na tym, że mieszkali w tej samej kamienicy. I jak ma kwitnąć miłość romantyczna, skoro kochankowie nie mogą słać sobie perfumowanych listów i czekać dniami z tęsknotą  na odpowiedź? Nie mogą, bo są sąsiadami. W brzydkiej upadłej kamienicy. Mieszkańcy takich okolic nie chodzą do teatru, nie rozmawiają o obrazach. On pracował w firmie budowlanej, a ona w warzywniaku.

(i w tym momencie na scenę wbiega kobieta, która już prawie zrozumiała)

– To miało być bardzo proste, tak powiedział mi tamten ksiądz.

Stoi jeden mężczyzna, młody ze spojrzeniem jakiego dotąd nie znał nikt. I do niego podchodzi drugi, zwyczajny szary i pyta. Ten pierwszy jest już w nim zakochany i to po uszy po grób (histeryczny śmiech). Tak przecież ksiądz mówił i mimo, że ten pierwszy wiedział już wszystko, to przecież był zawiedziony, rozczarowany. Nie, to nie jest dobre określenie, nie, on był smutny

dusza go bolała i nic, i nic nie mógł z tym zrobić. Ale czy on miał duszę? Czy ona miał duszę?

(i tutaj kobieta zbiega, a kochankowie kontynuują dalej swoją opowieść)

– I co prawda nic się nie stało, ale kochankowie mijali się na klatce schodowej, mówili sobie dzień dobry schnąc z miłości, nie wiedząc o tym. I tak pewnie umrą samotnie kochankowie. A kamienica nigdy nie dowie się o ich wielkiej miłości?

(przez Scenę pod kamienicą przechodzi para naszych kochanków pod rękę pod jednym parasolem)

(i znów przebiega ta sam kobieta co wcześniej i zwraca się do panów na ławce)

Kobieta:

– Nic nie rozumiem, bo ten smutny młodzieniec i Bóg…

I przecież w nim musiała być wtedy taka ludzka emocja, taka jak w ludziach, ale przecież nic się nie stało.

Pan Jacek:

– Może pani z nami usiądzie?

Kobieta:

Nie, nie mogę, muszę już iść.

Pan Marek:

– Gdzie się pani tak śpieszy?

Kobieta:

– Ja muszę iść jeszcze zrozumieć kilka rzeczy.

 

Scena trzynasta 

(panowie dalej cicho rozmawiają) 

Przy murze kamienicy przychodzi już któryś z kolei mieszkaniec czy mieszkanka Kamienicy. Światło nagle zwęża się i jak reflektor policyjny kieruje się w stronę przechodzącej kobiety.

(I z off-u pada pytanie)

– A ty?

– A ja? Ja Maria. Jezus Maria jak mnie ten łeb boli. Lekarz powiedział mi tak:

– Pani nie może tylu leków brać, bo pani wątroba nie wytrzyma. Ja rozumiem że głowa boli, ale niech pani pije więcej wody lepiej śpi chodzi na spacery.

I ja go absolutnie rozumiem, ale czuję w sobie jakiś taki niepokój i to już nie o to chodzi, że mnie głowa. Ale co miałam powiedzieć – podziękowałam.

On się tylko uśmiechnął, poklepał po plecach i jakby z nadzieją mówił:

– Pani Aniu, będzie dobrze, będzie dobrze wszystko, będzie dobrze będzie dobrze…

– Nic nie jest dobrze, bo ja ciągle czuje ten nie pokój, a na to nie można wziąć leku

nie ma tabletki

wróciłam do domu, posprzątałam ugotowałam i nic

położyłam się spać i poszłam do pracy i zjadłam obiad i nic

i poszłam spać i poszłam do pracy

i wróciłam do domu

i po jakimś czasie da się chyba przyzwyczaić do tego niepokoju, on po prostu w ciebie wrasta i jest częścią twojej kawy, twojej pracy

nie, nie polubiłam go,  jest za ciężki żeby się z nim zaprzyjaźnić, ale i tak krokiem w przód jest to, że go akceptuję

niepokój we mnie

i tak jak lekarz zalecił, chodziłam na spacer co wieczór i chyba najpiękniej bywało jesienią, wtedy czułam, że nie jestem tak pusta, że obok mojego niepokoju pojawia się piękno, które próbuje mnie wypełnić i tylko jesiennym światłom udawało się to zrobić

nic nie czułam w kinie, galerii, nic nie czułam rozmawiając z kimkolwiek, nic

żadne uczucie, tylko ten niepokój

czy to możliwe, czy ja się kiedykolwiek w kimś zakocham, takie myśli pojawiały się częściej jak byłam młodsza teraz nic, nic nie ma we mnie, tylko ten niepokój

i idę spać, potem idę do pracy gotuję obiad

idę do pracy, wracam idę spać

idę do pracy, wracam gotuję śpię

i któregoś jesiennego wieczora, kiedy byłam na spacerze dla zdrowia jak doktor zalecił żeby głowa tak nie bolała

i wtedy było naprawdę pięknie, latarnie, liście i padało, pamiętam miałam taką dużą granatową parasolkę i starałam się niczego nie myśleć

i wtedy to się stało

naprzeciw mnie po tym samym chodniku, młoda bardzo piękna kobieta, było bardzo zimno a ona w takim cienkim płaszczu, miała pomalowane na czerwono usta i ona płakała

i ja tego nie zapomnę. Nigdy. W życiu nic nie czułam oprócz bólu głowy

nie mogłam zrobić kroku. Jej łzy, ten smutek tak bardzo mnie zaskoczył na tej ulicy i wszedł jakby we mnie. Intensywność jej emocji, ona miała w sobie coś czego ja nie miałam, miała życie ona żyła

Ja  w tedy poczułam wszystko i przez moment poczułam że zakochałam się

wszystkim tym czym tylko dusza może pokochać i …

Ona szybkim krokiem poszła dalej płacząc, a ja nie mogłam się ruszyć z miejsca

i przecież nic się nie stało,

dalej żyłam swoim życiem, nigdy później nie spotkałam tamtej kobiety.

Tylko czasem lubię sobie pozwolić na chwilę przed snem, wyobrazić że to ja jestem tamtą kobietą.

(wszystko wraca do normy, kobieta kończy mówić i wchodzi do kamienicy)

 

Scena czternasta

(Przez scenę przechodzi dozorca niosąc drabinę. Stawia ja na scenie gdzieś pod kamienicą)

Pan Marian:

– Panie, co to jest?

Anioł Stróż:

– To ?

Pan Marian:

– No…

Stróż:

– To jest drabina do nieba.

(Anioł Stróż znika w kamienicy)

Pan Jacek:

– Wiesz co? Wyobrażałem sobie kiedyś jak byłem młodszy, że umieram. Zawsze chciałem zobaczyć jak by inni ludzie reagowali. Czy koledzy z mojej klasy by się przejęli? I czy byłoby im smutno na moim pogrzebie?

Pan Staszek:

– Ale teraz nie ma chyba nekrologów dla bezdomnych, nikt nie sprawia wrażenia jakby tego potrzebował.

Pan Marian:

– Po prostu nikogo to nie obchodzi.

 

Scena piętnasta 

Panowie dalej cicho rozmawiają przy murze kamienicy przychodzi już któryś z kolei mieszkaniec czy mieszkanka Kamienicy. Światło nagle zwęża się i jak reflektor policyjny kieruje się w stronę kobiety.

(I z off-u pada pytanie)

– A ty?

– Ja Maria. A na drugie Małgorzata.

(dużo w tym monologu ciszy i takiego tęsknienia)

To nie do zrozumienia jak jeden człowiek drugiemu zostawia nieświadomie siebie w duszy.

Dusza człowieka jest zbudowana jakby z cegieł, które wypalają się w rozmowach kiedy patrzysz na drugiego człowieka. Zbudowało mnie to jak patrzyłam na ciebie, jak mogłam doświadczać tego kim jesteś.

Jedno spotkanie jedna relacja.

Wiesz to w sumie zabawne, nie mogę być chyba artystą, bo nigdy nie zakochuję się od pierwszego wejrzenia, zawsze potrzebuję więcej czasu niż jedno spojrzenie. I kiedy myślę o tym momencie jak zjawiłaś się gdzie we mnie, to zawsze zaczynam od sceny i od tego jak jesteś piękna.

Bo jesteś piękna.

Minął rok.

Tak naprawdę minęło mnóstwo czasu i kiedy próbuję patrzeć na tę relację z perspektywy dojrzałego człowieka to nie umiem, nie jestem dojrzałym człowiekiem. Dorosłym też nie do końca.

Moja pierwszą miłość. Szkoda że cię nigdy nie pocałowałam. Jest taki rodzaj miłości nie określonych które nigdy się…

I cały ten rodzaj niezatartej radości, którą mam do dzisiaj w sobie, jak wtedy kiedy przez całe boże trzy godziny jadłaś ze mną kolację.

I te powroty, i gadanie o rzeczach na które jeszcze nie ukształtował się mój pogląd.

Wszystko to tylko ślizganie się po powierzchni. I nawet nie wiesz jak mnie bolały wszystkie te momenty kiedy byłam dla ciebie tylko powietrzem, jak był ktoś ważniejszy ode mnie. Nie, nie mam żalu. Widziałam, że nigdy nie będę ważniejsza niż starsza siostra czy starej przyjaciółka.

I tak złamałaś coś,

dowiedziałam się, że nie jestem dla ciebie tak ważna jak ty dla mnie.

Boże, pozwól żebym nigdy nikomu nie złamała czegoś tak delikatnego, daj mi nie robić innym krzywdy w ten sposób.

Takie rzeczy gdzieś w człowieku zostają i to chyba na zawsze.

Lubię sobie wyobrażać jak spotkamy się za parę lat, w innym miejscu życia i co ja wtedy poczuję kiedy cię zobaczę.

I jak będzie wyglądał twój mąż, i czuję że go znienawidzę przez samą ideę bycia twoim mężem.

Takich rzeczy nie powinno się pisać publicznie. I byłaś pierwszą osobą dla której napisałam wiersze, tak świadome, i powstał tomik który nigdy nie zostanie…

I tylko zabawne jest to, że cała nasza relacja, że tyle emocji, które we mnie siedziały, że tak naprawdę

nic się nie stało.

Tylko zbudowałaś część mojej duszy.

A teraz, tak po prostu, jakby to był naturalny i oczywisty sposób rozejdziemy się gdzieś w bok.

(Kobieta kończy, patrzy tylko smutno przed siebie i wchodzi do kamienicy, wszystko wraca do normalności)

 

Scena szesnasta

Ostatni raz w domu smutnego młodzieńca

 

Nasz główny bohater:

– Zaczęło znowu padać.

Bóg

– Jesień…

Nasz główny bohater:

– Uwielbiam.

Bóg

– A ty chcesz tak w deszcz iść?

Nasz główny bohater:

– Muszę.

Bóg:

– A wracając do tematu. Nic nie mam do kamienic, ale mieszkają tu zbyt poranienie ludzie.

Nasz główny bohater:

– Poranieni? Nazwijmy rzecz po imieniu – sami wariaci.

Bóg:

– Opowiem ci coś – słuchasz?

Nasz główny Bohater:

– Słucham.

Bóg:

Pan Cogito

szczycił się w młodości

niebywałym bogactwem

przyjaciół

 

jedni za górami

zamożni w talenty i dobra

inni

jak najwierniejszy Władysław

biedni jak mysz kościelna…

Nasz główny bohater:

– Ale…

Bóg:

– Cicho!

 

ale – wszyscy

co się zowie

przyjaciele

 

wspólne gusta

ideały

bliźniacze charaktery

 

… z nieubłaganym

biegiem lat

 

liczba przyjaciół

topniała

 

odchodzili

parami

grupowo

pojedynczo

 

jedni bledli jak opłatek

tracili ziemskie wymiary

i gwałtownie

lub wolno

emigrowali

w błękity

 

inni

wybrali mapy

szybkiej nawigacji

wybrali bezpieczne porty

i odtąd

Pan Cogito

stracił ich

z pola widzenia

 

Pan Cogito

nie wini za to nikogo

 

zrozumiał że tak musi być

naturalna kolej rzeczy

 

(od siebie mógłby dodać

że zanik trwałych uczuć

surowa historia

konieczność jasnych wyborów

decydowały

o rozwodach przyjaźni)

 

Pan Cogito

nie sarka

nie narzeka

nie wini nikogo

 

zrobiło się trochę

pustawo

 

Ale za to jaśniej…

 

(wszystko w mieszkaniu zastyga a my przenosimy się na ławkę po raz ostatni)

Pan Jacek:

– Coś się stało?

Pan Staszek:

– Nic się nie stało.

Pan Marian:

– Wyglądasz jakoś niewyraźnie, taki jakoś blady jesteś.

Pan Staszek:

– Nie, nic się nie stało – nie wiem – nic. Przynajmniej nic wielkiego.

(patrzą na niego po przyjacielsku)

Pan Jacek:

– Tak mi jakoś smutno, po prostu. Wiecie, chciałbym wam powiedzieć coś wielkiego i strasznego, że wyrzucono mnie z pracy (ale ja nie mam pracy), albo, że ktoś bliski mi umarł, albo gdybym się chociaż zakochał, gdyby się coś stało, nie wiem, moglibyście wtedy poklepać mnie po plecach i powiedzieć – trzymaj się stary, jakoś to będzie – a ja bym zrobił smutną minę i powiedział – ach tak, tak – wtedy jeszcze powiedzielibyście – dasz radę, jesteśmy z tobą i wrócilibyście do siebie, samozadowoleni, że spełniliście swój katolicki obowiązek i pocieszyliście smutnego, ale nie, bo przecież nic się nie stało, tylko jakoś tak boli mnie w środku.

Nic się nie stało.

(światła gasną, zostajemy tylko w mieszkaniu głównego bohatera, Bóg kontynuuje)

Bóg:

Pan Cogito

pogodził się łatwo

z odejściem wielu przyjaciół

 

jakby to było

naturalne prawo

obumierania

(główny bohater zapina ostatnie walizki, układa książki, szykuje się do wyjścia) 

 

z tymi którzy odeszli

na zawsze

poza mury Cesarstwa Empirii

utrzymuje stosunki żywe

i niezmiernie dobre

 

stoją za jego plecami

obserwują go bacznie

bezwzględni ale życzliwi

(zakłada płaszcz, wkłada kaszkiet, bierze w dłonie walizki)

 

gdyby ich zabrakło

Pan Cogito

spadłby

na dno

opuszczenia

 

stanowią jakby tło

i z tego żywego tła

Pan Cogito

wysuwa się o pół kroku

nie więcej niż pół kroku

 

w religii jest na to termin

obcowanie świętych

Nasz główny bohater:

– Ale przecież to jest mój wiersz!

(światła przygasają, pozostaje jedno punktowe na środku, tak jak w pierwszej scenie spektaklu, bohater w nie wchodzi)

Pan Cogito

daleki od świętości

dotrzymuje kroku

nieruchomym

 

a oni są jak chór

 

na tle tego chóru

Pan Cogito

nuci

swoją arię

pożegnalną

(nasz główny bohater stoi na środku w plamie światła, tak jak w pierwszej scenie, patrzy smutno na widownię i szybkim krokiem odchodzi w cień, światła gasną)