Metafizyczność Miłości

Metafizyczność Miłości

Anna Patrzała

Świat wciąż porusza się, obraca w różne kierunki, pędzi przed siebie. Niewiarygodne, że mimo to istnieją na nim rzeczy niezmienne, trwające jak skała pośród wichrów zmian – takie jak miłość. Kochanie pozostaje dla ludzkości substytutem tlenu z przyczyn nieznanych i niekoniecznie możliwych do poznania. Człowiecza natura nigdy nie jest w pełni racjonalna i nawet ci, którzy daleko są od duchowości, w głębi serca zawsze ponad wszystkie inne aspekty życia stawiają miłość. To uczucie, które definicje niszczą, z powodu jego złożoności i różnorodności. Każdy z nas sam wybiera adresatów i sposób przekazania – być może właśnie elastyczność sprawia, że miłość jest wszechobecna i niezastąpiona. 

Karol Wojtyła celnie ukazał metafizyczność tego uczucia. “Miłość mi wszystko wyjaśniła, miłość wszystko rozwiązała, dlatego uwielbiam tę miłość, gdziekolwiek by przebywała”, pisał w “Pieśni o Bogu ukrytym”. Prawdą jest, że kochając nie potrzebujemy pewności. Nie da się złożyć reklamacji, gdy nie uzyskamy potwierdzenia. Samo czucie daje nam gwarancję większą niż zmysły. Miłość istnieje “gdziekolwiek by przebywała”, bez względu na to, czy ją widzimy, czy daje nam znaki, czy pozostawia samym sobie. To sprawia, że jest właściwie niczym innym, jak odmianą wiary. Być może naiwnie przyjmowaną iluzją, pozostawiającą w nas jednak przeświadczenie swojej realności. Miłość Karola Wojtyły adresowana jest Bogu i ten przypadek najlepiej ukazuje to, że samo jej odczuwanie powoduje istnienie – bez namacalnej wzajemności, bez zapewnień. Po prostu jest.

Nasz dzisiejszy świat wymaga dowodów. Odziera z tajemnicy, szukając argumentów, jasnych zdań, potwierdzeń. Jest nieufny i ma do tego prawo, choć zatracony w kalkulowaniu zapomina o swoim instynkcie i duszy. W pewnym sensie usypia czułość, która “jest tą najskromniejszą odmianą miłości”, jak mówiła Olga Tokarczuk w trakcie odczytu noblowskiego. Nasz świat patrzy, ale nie obserwuje. Wnikanie w sens, zrozumienie całości stało się mu obce. Nie zastanawia się nad tym, co nie wpisuje się w rachunki i obliczenia. Zaślepiony przymyka oczy i biegnie dalej. A miłość? Trwa, nieposłuszna dowodom. 

Uczucie pojawia się nagle, bez uprzedzeń i przygotowania, oświeca umysł i wywraca wszystko, co poukładane. Przełom nie pozostawia nam wyboru, uzależnia i kieruje ku miłości za wszelką cenę. Kochamy w każdych warunkach, w szczęściu, w euforii, w złości, toksycznie, poświęcając się. Do miłości podążamy drogą mroku i światła, nocy i blasku, jak pisze Wojtyła. Wręcz wymaga pewnego trudu, wyrzeczenia się świata na jej rzecz, jest chimeryczna, lecz jednak tak cenna, że brniemy w nią mimo wszystko. Dominuje nasze życie bez pozwolenia, dając w zamian wiele.

Miłość niezaprzeczalnie zmienia perspektywę. Wszystko wyjaśnia i wszystko rozwiązuje, jak w “Pieśni o Bogu ukrytym”. Staje się naszym punktem odniesienia, bezpieczną przystanią, do której można powrócić, siłą.  Wśród wszystkiego, co tworzy życie, pozostaje najważniejsza. Pokonuje lęk i obawy, bo jest tym, czego możemy być pewni, tarczą ochronną przed wątpliwościami, kierunkowskazem na drodze. 

Miłość to najpiękniejsze z uczuć, określające nasz sposób postrzegania świata. To wrodzona wiara – coś pewnego i odrealnionego jednocześnie. Jest odpowiedzią na pytania, czuwającym przy człowieku widmem, wpływającym na decyzje. “Nasze nędzne życie, tak szpetne, nabiera blasku i zyskuje znaczenie tylko pod spojrzeniem miłości” – pisała Virginia Woolf w swojej powieści “Fale” i miała rację. Uczucie kochania nadaje sens istnieniu, porządkując obraz postrzegania egzystencji. Miłość to zaślepiające otwarcie oczu, zaprzeczenie samej sobie w swojej istocie i coś, co przez swoją niepewność jest jedynym, co prawdziwe.