O Kimś… czyli o Miłości

O Kimś… czyli o Miłości

Agnieszka Falba

Dwadzieścia wieków temu współcześni świętemu Pawłowi Koryntianie usłyszeli takie słowa: “Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego; nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą. Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma. Miłość nigdy nie ustaje (…)” (1 Kor 13,4–8). Kiedy przeczytałam fragment “Pieśni o Bogu Ukrytym”, który ma być inspiracją tego eseju, wiedziałam, że moja praca nie będzie tylko o czymś, czyli o miłości, ale i o Kimś, czyli o… Miłości. Po chwili ekscytacji i dłuższym przemyśleniu tematu zaczęłam zastanawiać się, jak pisać o Kimś tak niepojętym, tajemniczym, a równocześnie bliskim i zawsze obecnym… Jak w słowach zawrzeć tyle treści, żebym, patrząc na efekt końcowy, sama mogła w zachwycie westchnąć „Ależ to jest miłość!” i sprawić, że czyjeś serce również zacznie bić mocniej. Pierwszy List do Koryntian został napisany prawie dwa tysiące lat temu, ale wciąż porusza najczulsze struny we wnętrzu człowieka. Wsłuchując się w melodię własnego serca, chcę spisać to, co zdołam z niej zrozumieć. 

Niesamowite, jak często przyzwyczajamy się do życia w ciemności. Może na początku czujemy się niepewnie, ale szybko uczymy się poruszać w tej rzeczywistości, powoli zapominając, jak to było w świetle, powoli zaczynając bać się powrotu… Nasze oczy dostosowują się do panujących warunków, ale jest jeden problem – długie przebywanie w ciemności zmienia naszą zdolność widzenia. Przestajemy dostrzegać mało znaczące na pierwszy rzut oka, ale pełne światła gesty, które kiedyś nas cieszyły. Odwracamy głowę z obawy, że blask nas oślepi… 

W końcu możemy czuć się, jakby ulatywało z nas życie, a my nie potrafimy tego zatrzymać. Możemy czuć się jak wyschnięte kości, bez nadziei – kości kogoś, w kim kiedyś biło serce. Ale… to jeszcze nie koniec! Nawet, jeśli zostały z nas ledwie kości, jeśli myślimy, że już wszystko przepadło, to właśnie do tej rzeczywistości wkracza Ktoś, komu nawet śmierć nie jest straszna! Prorok Ezechiel widzi, jak z kości powstają ludzie, co więcej, Bóg, dając im ducha, ożywia ich! On zaczyna nas budować, stwarza nowe serce, Jego tchnienie daje nam nowego ducha, dzięki któremu już nie chodzimy w ciemności, stajemy się wolni, żyjemy. Jezus mówi “Poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli” (J 8,32). Ale dlaczego to wszystko się dzieje? Dlaczego ludzie wywracają swoje dotychczasowe życie do góry nogami i potrafią zmienić się nie do poznania? Dlaczego wszystko nagle nabiera nowego sensu? 

Święty Jan w swoim liście pisze, że “Bóg jest miłością” (1 J 4,16). Właśnie dlatego Bóg tak bardzo chce nas uwolnić, kształtować, ożywić – bo nas kocha! Również w nas chce rozpalić miłość – to ona nas zmienia, dzięki niej otwierają nam się oczy, serca zaczynają bić w rytm najpiękniejszej melodii. Miłość to siła nie do pokonania! 

Kochając, widzimy w nowym świetle. Cieszy oczy para zakochanych śmiejących się razem przy fontannie… Nie dziwi już wierność małżonków, bo i my wciąż doświadczamy siły, która zespala ich w jedno. Miłość wyjaśnia to, czego bez niej człowiek nigdy by się nie podjął. Bo gdzie szukać korzeni zachowań heroicznych – gdy rodzice podejmują się opieki nad niepełnosprawnym dzieckiem, często nie mając pojęcia, jak sobie z tym poradzić, gdy ktoś poświęca całe swoje życie pomagając potrzebującym w Afryce, gdy ginie za drugiego człowieka, za wiarę…? Gdzie szukać, jeśli nie w miłości? 

Ale to nie tylko heroizm. Życzliwy uśmiech, dobre słowo, czy przyjacielska rozmowa mogą skrywać w sobie tyle miłości, ile, patrząc jedynie oczami, nie jesteśmy w stanie zobaczyć. “Dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu”, napisał Antoine de Saint-Exupéry w “Małym Księciu”. Warto w czymś, co wydaje się nam codzienne, zauważać coś naprawdę niezwykłego. Te małe, jaśniejące dla ludzi gesty, mogą sprawić tyle dobra! Miłość nie musi przyjść z fajerwerkami, uwielbiajmy ją w delikatnym dotyku dłoni ukochanej osoby, kilku łzach na modlitwie, ciepłym słowie przyjaciela… 

Pamiętam, jak w zeszłym roku podczas Wigilii Paschalnej spojrzałam na krzyż. Chyba po raz pierwszy spostrzegłam, jak niesamowicie został wykonany – zobaczyłam nie tylko Ukrzyżowanego, ale i Zmartwychwstałego. I choć wtedy jeszcze nie tak dużo rozumiałam, teraz już wiem. Wyschnięte kości to nie musi być koniec. Znoszenie trudów, wyrzekanie się siebie, by pomóc innym, nie jest bez sensu. „Miłość, która jest gotowa nawet oddać życie, nie zginie”, pisał święty Jan Paweł II. Miłość nie kończy się na śmierci. Miłość prowadzi do życia.